1810 Londyn
„ Nawet teraz kiedy już nie ma
nic, chce czuć twoją dłoń przy mnie”
Poczułam ogromny ból w
klatce piersiowej, upadłam na ziemie, zderzając się z chodnikiem. Nie miałam
już sił, wszystko mnie bolało, z czoła płynęła mi krew, a moja biała suknia
stała się czerwona. Jednak jakiś głos w głowie nadal podpowiadał mi – Nie
poddawaj się. Otworzyłam oczy, wspierając się na łokciach, zebrałam w sobie
ostatnią siłę jaką miałam i powstałam. Naprzeciw mnie stało około
pięćdziesięciu napastników.
- Nie masz już szans
poddaj się! – ich przywódca wyszedł przed siebie – twoja rodzina została
złapana, twój dom spalony, twoja wiara podupada- przeczesałam delikatnie swoje
włosy do tyłu i uśmiechnęłam się zadziornie w ich stronę, miał rację nie pozostało
mi nic już. Zabrali i zniszczyli mi wszystko.
- masz rację,
zniszczyliście mi wszystko – podniosłam ręce do góry a na mojej prawej dłoni
zaczęły ukazywać się powoli czarne zawijane znaki.
- kim ty jesteś? –
wyczułam w jego głosie przerażenie. Podniosłam głowę do góry i spojrzałam na
nich, byli teraz tacy marni, trzęśli się na widok paru moich znaków.
- uwierz mi osobą z
którą nie chciałeś zadrzeć – uśmiechnęłam się – a teraz cierp! – wiatr zaczął
mocniej wiać po woli rozpętywał się huragan. Patrzył na mnie zaszokowany, nie
wiedział zupełnie o co chodzi, lecz po chwili leżał na ziemi i krzyczał, wił się
z bólu. Zabijałam każdą jego komórkę ciała po woli od stup, tak aby mógł czuć
ból, pragnęłam by się bał, cierpiał i błagał mnie.
- proszę przestań –
zawył.
- za moją rodzinę! –
po woli jego kończyny zaczynały drętwieć – za mój dom! idźcie do diabła wszyscy!
– ogień, spalał ich po woli, widziałam ich twarze, na których malował się
okropny ból. Musieli zginąć za moich bliskich, za to że odebrali mi wszystko i
nie mogli wiedzieć kim jestem. Kiedy ogień ustał, opuściłam ręce w dół z mojej ręki zniknęły znaki. Odetchnęłam
głęboko, po mojej twarzy spłynęły krople zimnego deszczu. Brakowało mi sił,
byłam wykończona, ale musiałam uciekać inaczej mnie zniszczą. Zarzuciłam na
siebie swój czarny płaszcz a twarz ukryłam pod wielkim czarnym kapturem i wtedy
po raz kolejny upadłam na ziemie.
- Gdzie ja jestem ? –
było mi zimno, nie czułam się najlepiej, w ogóle się nie czułam. Chciałam
ruszyć rękami, ale były skute, tak samo jak moje nogi. Szarpnęłam raz, potem
jeszcze raz jedynie co to wywoływało to ogromy huk. Do cholery gdzie moja siła!
- nie szarp się, nic
Ci to nie da – z ciemnego kąta wyszedł stary, siwy wysoki mężczyzna – dobrze
się bawiłaś z moją armią wczoraj w nocy? - popatrzył na mnie zimny i
przenikającym wzrokiem
- dostali to na co
zasłużyli! – szarpnęłam się po raz kolejny
- tak jak ty teraz!
Zabrać ją i wychłostać aż umrze! – ogromne drzwi otworzyły się z hukiem, do
środka weszło dwóch ogromnych mężczyzn
- wampiry, chyba kpisz
– popatrzyłam na niego – myślisz, że coś mi zrobią – zamknęłam oczy i skupiłam
się, cholera nie mogłam im nic zrobić, nie mogę ich kontrolować.
- co jest? Twoje moce
nie działają – niech go szlag, podciągnęli mnie za ręce do góry. Ciągnęli mnie
za sobą przez ciemne i śmierdzące korytarze, byłam tak słaba, że jedynie co
mogłam to oddychać chodź to też przychodziło mi z trudem. Zamknęłam oczy, niech
się dzieje co się ma dziać.
Obudził mnie ogromny
huk, podniosłam po woli opuchnięte powieki. Przed mną stały same wampiry w
sumie wyczuwałam, że są wszędzie, otaczały mnie. Spojrzałam na siebie błam przymocowana do białego
marmurowego kamienia. Nie udało im się zabić mnie przez kata, wiec teraz ciekawiło mnie co wymyślili.
- Spójrzcie o to ta,
co zabiła waszych braci! – niech ten starzec się w końcu zamknie. Schylił się i
uklęknął nad mną ciągnąć mnie za włosy do góry. – patrzcie, patrzcie moi bracia
jak ginie potęga – czułam się jak na sądzie byłam w sytuacji bez wyjścia, moje
moce zostały zablokowane pieczęciami, jedynie co teraz mogłam to czekać na swój
koniec – Jonatanie, Jonatanie pojedź tu! – w mgnieniu oka stanął przed mną
mężczyzna, który na oko miał może 30 lat – jest twoja! Zabij ją bo tobie
uczyniła największą krzywdę. Dopiero teraz dostrzegłam w jego dłoni, biały
miecz Gabriela. Podniosłam wzrok na niego, ale jedynie co zobaczyłam tylko
błysk odbijanego się słońca za nim umarłam.
Teraz, teraz stoję tu w Mystic Falls w mieście założonym
przez wampiry. Minęło tyle lat odkąd z tond uciekliśmy, że w ogóle go już nie
poznaje. Przesunęłam ręką po swoich blond włosach, równocześnie odgarniając je
do tyłu. Spojrzałam na ogromny budynek i liczną grupę nastolatków, dobra pora
zacząć normlanie żyć. Przeszłam przez wielkie ciemne dębowy drzwi udając się od
razu do sekretariatu co nie było łatwe. Korytarz był zapchany przerażonymi pierwszoklasistami,
którzy co chwile o coś się pytali jednak nie zwracałam na nich uwagi, mijałam
ich całkiem obojętnie. W końcu po paru minutach przepychania się dotarłam do
drzwi na których było napisane Sekretariat, zapukałam i weszłam
- Dzień dobry – uśmiechnęłam się do starszej pulchnej Pani
- Dzień dobry – odwzajemniła uśmiech i na chwile się zamyśliła
– momencik, ty jesteś… chwileczkę – otworzyła szufladę, nad którą po chwili
unosiła już moje szkolne akta. Otwarła je po woli – tak ty jesteś pewnie
Anabell Willson – spojrzała na mnie, podając mi moje papiery
- tak to ja – odebrałam je od niej
- witamy w takim razie w naszej ostatniej klasie – usiadła z
powrotem na swoim krześle, które delikatnie zaskrzypiało pod jej ciężarem.
Miasto po woli tonęło w mroku, usiadłam na schodach przed
swoim mieszkanie. Nie chciałam tu być, nie chciałam w ogóle już niczego. Czułam
się nijako, okropnie. Dlaczego akurat tutaj wysłano mnie do odbudowania siebie
od nowa? Nie widziałam w tym mieście nic interesującego. Było normalne, może trochę
bardziej nudne niż inne. Podniosłam swój wzrok do góry. Gwiazdy, gwiazdy zawszę
mnie wszędzie śledziły, po woli zaczynam, nabierać przekonania że tylko one mi
pozostały. Westchnęłam po raz kolejny nad swoim losem automatycznie podnosząc
się energicznie do góry. Ta energia, ten zapach, ta cisza. Czuje ich, to na
pewno oni. Anabell to się do igrałaś kobieto, pora zacząć od nowa szaleć!
Przygryzłam swoją dolną wargę, włosy upięłam w wysoki kucyk. Pora poznać to
normalne życie.
„ Każdy zasługuję na drugą szanse, tylko do niego zależy jak ją
wykorzysta”
***
Wyszło nie tak jak sobie zaplanowałam…
Fajny rozdział, tylko trochę mało Klausa, ale mi się podoba. Wstawiłam już 1 rozdział na swojego bloga. W razie czego wysyłam ci jeszcze raz link http://klaus-i-caroline-love.blogspot.com/2013/10/rozdzia-1.html a proszę cię żebyś mnie jeszcze informowała o nn. Dzięks. Życzę dużo weny i pomysłów. Pozdro.
OdpowiedzUsuńOj będzie Klausa i to dużo..:D ja nie lubie po prostu szybkich akcji:)
UsuńSuper :) U mnie też nowy rozdział . http://klausloveher.blogspot.com/
OdpowiedzUsuńHej. Sorry że niepokoje, ale kiedy nowy rozdział. Na serio nie mogę się doczekać. Mam nadzieje że niedługo się pojawi ~Kinga Majewska
OdpowiedzUsuń